środa, 5 października 2016

Katharsis

Kojarzycie taki film jak "Wszystko za życie" (ang. "Into the wild"), prawda? Jeżeli nie to zachęcam gorąco do obejrzenia, a jeśli tak to będzie łatwiej zrozumieć to, co dziś mam do przekazania. 

Film opowiada o pewnym koleżce imieniem Christopher, który (mówiąc językiem dzisiejszego internetu) "rzucił wszystko i wyjechał w Bieszczady". Pochodził z dobrej rodziny, niczego mu w życiu nie brakowało, a jego jedynym obowiązkiem było sprostanie oczekiwaniom rodziców. Wystarczyło tylko się wykształcić w określonym kierunku i dalej konie poszłyby po betonie. O pieniążki nie trzeba byłoby się martwić, kariera zawodowa byłaby usłana płatkami róż, a życie towarzyskie prawdopodobnie bujne jak jasna cholera. 

Problem w tym, że Krzysiu (Christopher, przypisał redaktor) miał zupełnie inne patrzenie na wyżej wymienione aspekty. Najbardziej w życiu wkurzało go to, czego oczekiwali od niego rodzice. Gardził przyszłością, jaka była mu pisana. Wypełnił ich ambicje, skończył studia na dobrej uczelni i gdy wszyscy myśleli, że pójdzie w dobrą stronę, zniknął. Spalił za sobą wszystkie mosty, spłonęły nawet jego oszczędności, a samochód utonął gdzieś na wybrzeżu. Później pojechał na Alaskę autostopem.

Historia już działa na wyobraźnię, prawda? Dlaczego o tym piszę. A no dlatego, że film ten jest dla mnie niezwykłą inspiracją do spełniania marzeń, w ogóle do posiadania marzeń, a już przede wszystkim do walki z niestety wszechobecnym konsumpcjonizmem otaczającego mnie świata. Christopher "SuperTramp" walczył z przeświadczeniem swoich rodziców, że pieniądze są najważniejsze i bez nich nie ma szans na przetrwanie. Nie potrzebował ich, chciał udowodnić sobie, że potrafi przetrwać sam na sam z naturą, odległą i dziką jak na Alasce. 

Obecnie wszystko niestety kręci się wokół pieniądza, sam jestem również niewolnikiem takiego myślenia. Mentalnie czuję się gotowy na podróż, nawet na koniec świata. Wiem, że jestem w stanie rzucić całe swoje życie, wszystkich bliskich i dalekich. Opuścić swoje ciepłe łoże po to, by sprawdzić się w innych warunkach, by odbyć podróż życia. Marzę o tym, by uniezależnić się od tego co narzuca mi świat - od pieniędzy, od obowiązków, od uciążliwych ludzi czy problemów. Niestety nie robię niczego w tym kierunku, ponieważ nie mam pieniędzy. Smutne, prawda? Nie potrafię zaryzykować podróży życia, survivalowej wycieczki wszech czasów uniezależniającej mnie od pieniędzy, bo nie mam na nią pieniędzy. Paradoks, którego dopełnieniem jest fakt, że znalazłem dzisiaj pracę. Zarobię na podróż, ale będę przez to znów niewolnikiem przez kilka miesięcy. Paradoks.

Wiem, poniekąd już z doświadczenia, że bycie tym niewolnikiem niejednokrotnie się opłaca. Mnóstwo razy w przeszłości wyglądało przecież tak, że sprzedawałem swoje skarby, oddawałem oszczędności, pracowałem ciężko po to, by gdzieś wyruszyć. Wyjeżdżasz później za zarobione środki i nie żałujesz. Podróż smakuje wtedy wyśmienicie, ponieważ wiesz, że zasłużyłeś na nią i Twoje dłonie niosą ślady ciężkiej harówy. Próbujesz nowych potraw, nowych wyzwań, odpoczywasz. Wracasz do domu po dwóch, trzech tygodniach i przeżywasz katharsis. Chodzisz trzydzieści centymetrów ponad chodnikami, patrzysz na wszystko z góry, a na mieście zamiast kebaba i piwa wolisz zjeść słoik oliwek i wypić litr białego wina. Mija kilka tygodni i wracasz do bycia niewolnikiem. Koło fortuny.

Dla tego uczucia "oczyszczenia" po podróży na prawdę warto całego zachodu. To przecież normalne, że człowiek pracuje na chwilę wytchnienia, prawda? Ja to rozumiem. Jednak marzę o tym, żeby przeżyć coś wspaniałego jak SuperTramp. Nie dla całego patosu związanego z tym filmem. Chciałbym tego, bo czuję, że odnalazłbym się w takim świecie. W świecie bez pieniędzy, bez telefonu, bez samochodu. Bez telefonu przeżyłem miesiąc na pewnej wyspie i powiem szczerze, że był to najlepszy miesiąc w moim życiu.

O tej wyspie planuję jeszcze kilka słów kiedyś napisać. Mam nawet swoisty dzienniczek pokładowy z tej wyprawy, więc może uda się stworzyć jakąś serię wpisów opartych na wspomnieniach z tej podróży. Tymczasem zostawiam na koniec odnośnik do muzyki jak zawsze. Będzie to Eddie Vedder, a jakże. Stworzył on soundtrack do filmu, o którym te całe dzisiejsze ględzenie. Zachęceni?


Miłego.

+ zdjęcie: własne


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz